Zostałam niedawno dotknięta pierwszym w życiu złamaniem kończyny dolnej, lewej. A przy okazji pierwszym złamaniem w ogóle czegokolwiek.

W zamierzchłych czasach, jak człowiek robił coś pierwszy raz, to musiał to robić trochę po omacku: czytając prasę fachową, słuchając rad znajomych albo, bo ja wiem, lekarza ortopedy. Na szczęście dziś mamy Google.

Wśród sieciowych poradników, rozrzuconych po wszystkich krańcach internetu, nie znalazłam odpowiedzi na wiele kwestii, nazwijmy to, behawioralnych, które spędzają sen z powiek debiutujących połamańców. Postanowiłam zapełnić tę lukę, chwycić kaganek oświaty i dać Wam DUPSKO. Czyli Dziennik Uszeregowanych Porad w Sytuacjach Kontuzji Odnóży.

 

 

noggga

 

 

Dziennik Uszeregowanych Porad
w Sytuacjach Kontuzji Odnóży:

 

  • Pierwsze wrażenia:

Zastanawialiście się kiedyś, skąd człowiek wie, że właśnie złamał nogę? Mam akurat w domu takiego Konkubenta, który uległ tej kontuzji już trzykrotnie i za każdym razem o tym wiedział. Jest taka niepisana zasada: Jeśli myślisz że złamałeś nogę to znaczy że nic ci nie jest. Jesteś beksa. Wstań i idź. Niejednokrotnie kierowaliśmy się tą maksymą, w wyniku czego Konkubent jest obecnie trochę pokrzywiony i mógłby się śmiało starać o posadę dzwonnika w jakiejś francuskiej katedrze. Byłam świadkiem wszystkich kontuzji i rekonwalescencji Lubego i miałam się trochę za eksperta w temacie. Wyobrażałam sobie zatem, że na własne pierwsze złamanie jestem solidnie przygotowana.

Schodek mego przeznaczenia był miejscem nienadającym się do łamania nóg, zatem zupełnie zignorowałam taką możliwość. Przypomniałam sobie wszystkie sytuacje, gdy wywracałam się na prostej drodze, wchodziłam w znaki drogowe, spadałam z krzeseł i wreszcie, całą karierę pogromcy stoków narciarskich, po czym doszłam do wniosku, że moje kości są z Adamantium, wstałam, dokuśtykałam do roweru i pojechałam do Agaty i Adasia na piwo. Jeżdżenie na rowerze ze złamaną nogą jest zaskakująco łatwe i mniej bolesne niż chodzenie.

 

  • SOR

Jak noga nie przestaje boleć, a dodatkowo zaczyna puchnąć, to wiedz że coś się dzieje. Zaopatrz się w komórkę z internetem, sudoku, czasopisma, książki, kostkę rubika i jedź na Szpitalny Oddział Ratunkowy.

SOR w nocy jest straszliwie smutnym miejscem. To skupisko połamanych kości, podbitych oczu, galopującej biegunki i w ogóle największego zagęszczenia cierpień na metr kwadratowy. W okienku rejestracji kobieta – łagodność i empatia są słowami, których nie użyłabym do opisu jej twarzy – notuje numery pesel i inne ważne informacje od słaniających się na nogach przybyszów. Poszczególne osoby są wywoływane i odprowadzane nienawistnymi spojrzeniami pozostałych.

Później następuje wywiad, dla odmiany przeprowadzany przez bardzo miłą osobę. Jest tak sympatyczna, że mam ochotę opowiedzieć jej prawdę, o cokolwiek zapyta, dlatego gdy prosi o określenie bólu w skali 1-10, staję na wyżynach obiektywizmu aby podać możliwie wiarygodną odpowiedź. Wyobrażam sobie, że w porównaniu do możliwych rodzajów cierpienia, towarzyszących wyrywaniu paznokci, zdzieraniu skalpu, rażeniu prądem, mój ból jest lichy, taki na – powiedzmy – cztery z plusem. Jeśli ten wywiad  miał jakiś przemożny wpływ na kolejność obsługiwania pacjentów, to po raz kolejny padłam ofiarą swojej szczerości.

Kolejne pięć godzin upływa na próbach naładowania iphona w gniazdku, które jakiś sprytny architekt umieścił za przesuwnymi drzwiami, czytaniu i obieraniu dziwacznych pozycji z nogą wzniesioną do góry jak maszt. Później następuje seria zdjęć rentgenowskich, szybka diagnoza i wreszcie dowiaduję się, że padłam ofiarą epidemii. Podobnie jak trzy inne osoby tej nocy, złamałam lewą kość strzałkową w kostce. Akurat za mną na wypis czeka pani, która również zapadła na tę chorobę, więc przybijam jej żółwika i w blasku pierwszych promieni słońca opuszczamy SOR.

 

  • Rekonwalescencja

Gdzieś, gdzie nie ma ziemskiego przyciągania, człowiek ze złamaną nogą mógłby czuć się względnie użyteczny. Pierwsze, co przychodzi mi do głowy w tym trudnym czasie, to refleksja, że ludzkość zdecydowanie zaniedbała eksplorację kosmosu. W naszych warunkach grawitacyjnych noga opuszczona poniżej tułowia zachowuje się jak wampir. Pobiera cały zapas krwi z organizmu, aby osiągnąć swój niecny cel: przemienić się w coś na kształt gigantycznego bakłażana. Najlepszą metodą na uniknięcie tej transformacji, zapewniającą przy okazji odrobinę anarchistycznej uciechy, jest trzymanie nogi na stole.

 

  • Dieta

Pan doktor, rodzina, Google oraz każdy ze znajomych, który cokolwiek sobie w życiu złamał, choćby paznokieć, zasypują nas tuzinami porad i ostrzeżeń. Zazwyczaj sprowadzają się one do tego, co powinniśmy jeść, a czego nie pić i nie palić. Jest to cholernie frustrujące, bo sprowadza byczenie się w domu do ciężkiej harówy połączonej z notorycznym salutowaniem nogą (bo ta wciąż chce się przemienić w warzywo z rodziny psiankowatych). Specjalnie na potrzeby tego poradnika wykonałam małe doświadczenie: przez pierwsze trzy tygodnie prawie nie zmieniłam nawyków żywieniowych, uzupełniając dietę jedynie o piwo i galaretkę. Po kontrolnej wizycie u ortopedy dowiedziałam się, że kość zrasta się prawidłowo. Aby nie narażać organizmu na niepotrzebny szok, kontynuowałam tę metodę odżywiania aż do pełnego zrostu odnóża. Jedynym efektem ubocznym było przeniesienie się opuchlizny z nogi na tyłek.

 

  • Gips

To niestety jest nieuniknione. Jak łamiecie nogę, to ktoś zawsze wpada na pomysł, żeby oblepić ją gipsem. Na początku jest to jedynie ciężkie chomąto, które rozsadza opuchlizna. Później wszystko w środku zaczyna swędzieć i działać na wyobraźnię.

Gipsy dzielą się na gipsy pełne i szyny gipsowe. Gips pełny to mogiła, mauzoleum, sarkofag, z którego po iluś tam tygodniach wylezie zombie, przypominający coś, co było w przeszłości Waszą nogą. W międzyczasie możecie jedynie spróbować się podrapać, najlepiej długą trytką*. Szyna to już jest insza inszość. Jest to kawałek gipsu, usztywniający nogę z tyłu, a z przodu podtrzymywany bandażem. Oczywiście szyny gipsowej nie wolno pod żadnym pozorem zdejmować. Każdy lekarz tak mówi. Ale żyjemy w społeczeństwie mądrzejszym od lekarzy, więc kto by się przejmował. Wiedziona doświadczeniem Konkubenta, co kilka dni bardzo ostrożnie ściągałam szynę, aby z pietyzmem umyć, ogolić i podrapać każdy centymetr kwadratowy kończyny.

Ortopeda szybko stracił do mnie cierpliwość i przepisał mi ortezę. Orteza to taki bajerancki but narciarski, który można sobie zakładać i zdejmować, i dopompowywać do objętości nogi. Jest dużo wygodniejszy od gipsu i ma jeszcze jedną zaletę: Jest dość drogi, ale w większości refundowany. Powoduje to ten malutki zastrzyk satysfakcji, że jak przez większość życia chędoży nas ZUS, to w tym momencie my możemy zrobić z nim to samo. Tak troszeczkę i na misjonarza, ale zawsze coś.

 

  • Zastrzyki

Pamiętacie pierwszy sezon Doktora House’a? Były tam takie obrzydliwe wstawki, ukazujące to co się dzieje w środku pacjenta. Dajmy na to, gdy pacjent miał jakiś Zakrzep, to ten Zakrzep się nagle odrywał, a potem lazł jakąś żyłą, czy inną tętnicą, aż docierał do serca, albo do mózgu i tam wszystko się korkowało, a delikwent umierał, albo przynajmniej zaczynało nim telepać. W kolejnych sezonach z tego zrezygnowano, ale obrazy potwornych zatorów i obstrukcji płynów ustrojowych do dziś żyją w mojej pamięci. Dlatego zastrzyki potraktowałam bardzo serio, bo to w końcu zastrzyki Przeciwzakrzepowe.

Zastrzyk trzeba sobie robić w brzuch, a konkretnie w fałdkę. Z doświadczeń różnych połamanych znajomych wiem, że na ten niemiły obowiązek każdy reaguje inaczej. Konkubent pakował je sobie gdziekolwiek, bez bólu i żadnych skutków ubocznych, a dla Mamusi były przeżyciem traumatycznym i źródłem niezliczonych siniaków. Ja natomiast potrafiłam się obyć zazwyczaj bez śladów, samo wkłucie też było bezbolesne, ale kilka sekund po wyjęciu igły zaczynało się moje prywatne piekło. Piekło przez parę minut, a później przestawało. Zastrzyki mają ten zasadniczy plus, że są refundowane.

 

  • Dopadnie Cię ZORRO!

Czyli Zespół Ogólnego Rozchwierutania Reszty Organizmu. Nie wiem dokładnie jak to działa, ale to coś, jakby w samochodzie popsuła się pompa paliwowa, a to spowodowało butwienie gum w wycieraczkach i odpadanie korbek do otwierania okien. Zdaje się, że organizm zajmuje się naprawianiem złamanej nogi, olewając przy okazji działanie innych części. Gdy moja kość powoli odzyskiwała swą strzałkowatość, cała reszta systemu zrobiła sobie urlop. Na twarzy pojawiły się pryszcze, pod oczami wory, a głowa sypnęła łupieżem jak z armatki śnieżnej. Do tego katar, kaszel, depresja, słaba głowa i gadanie głupot po pijanemu… a nie, to miałam już wcześniej.

 

  • Profity

Godna szacunku jest postawa tych szlachetnych i dumnych ludzi, którzy rozmyślnie rezygnują z proponowanych im udogodnień: feministek uparcie odmawiających otwierania im drzwi, drobnych ludzi uciesznie skaczących do najwyższych półek w marketach, wreszcie obolałych kalek, z godnością odrzucających oferowane miejsca siedzące w tramwajach. Podziwiam te zachowania i to absolutnie nie jest mój model zachowań.

Gdy szereg znajomych i nieznajomych rzucał się do pomocy okulałej istocie, doceniałam wszelkie przejawy ich miłosierdzia. W przekonaniu, że kieruje nimi nie tylko chęć sprawienia mi przyjemności, ale również – a może nawet przede wszystkim – sobie, przyjmowałam wszelkie dary. Od rosołu po tiramisu. Sadzałam cztery litery na wszystkich podsuwanych mi krzesłach i hokerach, a także, jednorazowo, na barze. Wsiadłszy do tramwaju, z wdzięcznością toczyłam się do miejsca, z którego właśnie podrywał się życzliwy pasażer. Każdy, kto chciał uspokoić sumienie, lub poprawić sobie dzień, mógł mi służyć swoją dobrocią, a ja w zamian obdarowywałam go dziękczynnym uśmiechem. Naprawdę polubiłam swoją rolę trybika w tej symbiotycznej maszynie, tym radosnym perpetum mobile altruizmu.

Powyższe obserwacje wykazały, że naród w istocie jest milszy niż mu się wydaje. Wyjątek stanowił jeden autobus linii 194, wypełniony studentami, którzy po moim wejściu jęli uparcie wypatrywać czegoś na suficie (pewnie wiedzieli, co o nich napisałam tutaj:  http://www.typotfur.com/moje-twarde-stanowisko-w-pewnej-sprawie/).

 

  • Epilog

Prawdę powiedziawszy, póki człowiek jest w gipsie, to jest jak pączek w maśle. Nikt nic od niego nie wymaga i prawie każdy chce jakoś pomóc. Gdy już układ kostny jest jako tako połatany, choć te wszystkie łożyska kulkowe, paski klinowe, armatura i zawiasy nadal zgrzytają i odmawiają współpracy, wówczas uznaje się nas za zdrowych. Rehabilitacja, konfrontacja z nadwagą, zmagania z depresją, batalia o piękną cerę i potyczki z łupieżem – to już działania, które musimy podjąć na własne kopyto i bez posiłków. W owych dalszych bojach pozostaje mi tylko życzyć Powodzenia.

 

* Trytka, czyli takie plastikowe coś, nie wiem jak to się profesjonalnie nazywa, o takie: http://tunery.tv/files/opaska30.jpg?t=1418363476452