Opowiem Wam historię. Miałam wtedy jakieś, ech, 16 lat i wraz z grupką znajomych wracałam z imprezy. Chyba odbywała się w takim klubie na miasteczku studenckim, bo szliśmy obok AGHu. Ten klub już nie istnieje, ale wtedy istniał i czasem odbywały się tam fajne koncerty. Była to, jak mi się wydaje, późna wiosna. Ten okres, który dla młodych ludzi jest niczym dzień polarny: idziesz na imprezę – jest jasno, wracasz do domu – jest jasno, idziesz spać – jest jasno, budzisz się – jest jasno. A przy AGHu, czy może bardziej przy Uniwersytecie Rolniczym są takie ładne rzeźby owieczek Bronisława Chromego. No i o tej wczesnej, acz zupełnie już widnej godzinie, muskani pierwszymi promieniami słońca idziemy sobie raźno, jak nam młodość nakazuje, patrzymy, a tu jakaś Żulia przykucnęła obok owieczki Chromego i zrobiła kupę.

kupa-babel

 

 

Nie sądziłam, że kiedyś spiszę tę historię. Prawdę mówiąc, bardziej miałam nadzieję, że uda mi się wymazać ów obrazek z pamięci. Zawsze miałam wrażenie, że nie ma na tym padole nic bardziej obleśnego od ludzkiego klocka, ale widocznie klimat się zmienił. Od ponad tygodnia bowiem do najgorętszych tematów w mediach należy kupa.

 

Zarzewiem afery był felieton pani Agnieszki Kublik w pewnej poczytnej gazecie (link). Pani redaktor konsumowała akurat jakieś kluski w restauracji, kiedy wrzask bachora z sąsiedniego stolika dał znać współbiesiadującym, że w jego pampersie wylądowała dwójka. To co zdarzyło się później, wprawiło w szok dziennikarkę i jej przyjaciół z cywilizowanego świata. Matka bowiem pacholęcia jęła wymieniać pieluszkę na środku restauracji, a wśród wszystkich tych makaronów i innych pachnących specyjałów, oczom obecnych ukazała się kupa. Wprawdzie nie była to kupa zrobiona przez starą kloszardkę, tylko niemowlaka, ale pojawiła się w miejscu konsumpcji posiłków, co chyba równoważy oba przytoczone incydenty w skali obrzydliwości. Pani redaktor, jako świadek zdarzenia, pod wpływem przebytej traumy postanowiła opisać swoje wrażenia w periodyku.

 

Po artykule rozgorzała ogólnonarodowa dysputa na tematy fekalne. Rozgoryczone single wyległy na fora internetowe, przytaczając co bardziej pikantne opowieści, jak to nie mogą z domu wyjść, telewizora włączyć, czy lodówki otworzyć, by nie wyskoczyła z niej dymiąca pielucha, karmiący cycek, czy zyliard decybeli z niemowlęcych gardeł. Stada rozjuszonych matek wyszczerzyły kły, że prawo do srania swymi dziećmi w miejscach publicznych to ich święte prawo, a jak się singlom nie podoba, to one im tę kupę nawet na talerz położą, bo w końcu zajmują się przyrostem naturalnym w narodzie. Nawet jedna znana celebrytka przyznała, że ona to i owszem, lubi sobie przewinąć curuchnę na środku CPNu, gdzie jest taki stolik, przy którym potem chamy żrą hot dogi i batoniki.

 

I tak w 2015 rok weszliśmy, że tak się wyrażę, z kupą na ustach. A ja, mimo że mam trochę koleżanek dzieciatych, to jednak świadkiem defekacji ich latorośli nigdy nie byłam (co sobie cenię i mam nadzieję że tak pozostanie). Ponieważ jednak temat jest gorący, jak parujący pampers, toteż postanowiłam przytoczyć opowieść o Żulii pod Uniwersytetem Rolniczym, bo a nóż uczyni to ze mnie sławną felietonistkę. Gdyby się nie udało, to na następne lata planuję serię artykułów o sikaniu, uwłosieniu łonowym i smrodzie spod pachy.